Szent-Miklós: zamek, który chciał istneć

Transformacja przestrzeni
Zabytki
Zakarpacie
21 November 2016 10:09
1472

Nie jest trudno trafić do Czynadijiwskiego zamku Szent-Miklós i umówić się na wycieczkę, jego drzwi są zawsze otwarte dla turystów i podróżników. Ale my chcieliśmy dowiedzieć się o wiele więcej, niż się opowiada w czasie zwykłego oprowadzania. Dlatego już zawczasu próbowaliśmy umówić się na spotkanie z wynajmującym zamek Josypem Bartoszem. Zgodził się nas przyjąć dopiero w upalne popołudnie pewnego powszedniego dnia. Ale i tak ciągle spotykaliśmy grupy turystów codziennie zwiedzających obiekt – Ukraińców, Polaków, Węgrów.
Jeszcze piętnaście lat temu w tym miejscu była sowiecka baza samochodowa i garaże, a w samym zamku było wysypisko śmieci. Podziemia Szent-Miklósu do dziś znajdują się w zakonserwowanym stanie, gdyż dla ich wyczyszczenia i odnowienia potrzebne są duże kwoty. Co się stało z zamkiem w tak krótkim czasie, w jaki sposób zamienił się z ruiny w jeden z najpopularniejszych obiektów turystycznych?

 

Josyp Bartosz przyjechał w 1999 roku z zagranicy, gdzie mieszkał przez dłuższy czas i nauczył się czterech języków. Zazdrościł Węgrom, Słowacji, Rumunii, Niemcom, gdzie nawet małe wioski mogą zorganizować coroczne plenery, na które zapraszani są turyści z całego świata, a w Ukrainie takich plenerów jest zaledwie kilka, a na Zakarpaciu tylko jeden, do tego mało udany.

— Tutaj, do zamku zaprosiła mnie artystka Tetiana Petryczko, którą zaprosiłem na plener, tu była baza samochodowa. Ciężarówki, nieskończona ilość garaży, coś niewyobrażalnego. Jakoś tu przemknęliśmy, wyganiano nas i nie wpuszczano. I wtedy przyszła nam do głowy myśl: co by było, gdybyśmy te plenery, które robimy w sanatoriach, jak ostatni żebracy, organizować tu, w zamku, i w ogóle, żeby na ścianach wisiały obrazy, żeby odbywały się koncerty i spotkania z pisarzami. W ten zwariowany pomysł nikt nie wierzył, żadna osoba na całym świecie. Ja też nie wierzyłem. Lecz zamek zdecydował inaczej, powiedział; „Tak ma się stać”, – i wszystko się zaczęło. Jak tak wyszło, sam nie wiem.

Tetiana, która pokazała Josypowi Bartoszowi zamek,  po pewnym czasie została jego żoną. Jest niepowtarzalną artystką, która tworzy przepiękne wielkanocne drapanki. Na malowanych jajkach tworzy zarówno własne rysunki jak i prawdziwe dzieła sztuki. Na przykład, w 2008 roku prokurator obłasti zamówił drapankę z portretem prezydenta Juszczenki – prawdopodobnie na prezent urodzinowy.

Josyp z Tetianą do niedawna mieszkali w jednym z pokoi w zamku, a teraz osiedlili się w jego pobliżu. W zamku żyli bez wody, w strasznym chłodzie. Wszystkie te niedogodności były swego rodzaju opłatą za mieszkanie w XV-wiecznej budowli. Kiedy wszystko się  dopiero zaczynało, Josyp wynajmował mieszkanie w Czynadijewym i każdego dnia chodził do zamku na piechotę. Pożyczył pieniądze, zebrał swoich przyjaciół i zaprzyjaźnionych artystów z różnych państw, i w ten sposób odbył się pierwszy plener.

Przed starym zamkiem stoi budynek mieszkalny z czasów sowieckich. Jego parter należy do Josypa Bartosza. Wcześniej był tu akademik, lecz z czasem ludzie wykupili pokoje. Na parterze  Josyp z żoną otworzyli szkołę harmonicznego rozwoju człowieka. Są w niej klasy sztuk pięknych oraz muzyczne i sportowe sekcje. Działają szkoły, kółko „ Młodego Archeologa”, kursy językowe. Na drzwiach Josypa skromnie przyklejono kartkę z jego imieniem, bez  regaliów i złotych ramek. To od razu rzuca się w oczy „czerwonym” dyrektorom innych zabytków.

— Pierwsze kroki były bardzo śmieszne, na tyle śmieszne, że nawet sobie państwo nie wyobrażacie. Cała wioska się ze mnie śmiała tak,  jak z nikogo innego. Taki natchniony, radosny i kudłaty przyszedłem do rady gminy i powiedziałem, że chciałbym wziąć ten zamek i stworzyć w nim centrum kulturalno-artystyczne. A oni na to: „Co ty chłopie, oszalałeś? Jesteś artystą. Masz pieniądze? Czy cokolwiek umiesz?”. Odpowiedziałem: „Coś wymyślimy.” Lecz to byli prości, wiejscy ludzie, a ja przyjechałem z zagranicy, potrafiłem dobrze gadać, coś im naplotłem, z jakiegoś powodu uwierzyli mi, chociaż wiedzieli, że nic z tego nie wyjdzie. Podpisali. Taka sama historia w rejonie – w administracji powiedzieli, że nic z tego nie wyjdzie, ale podpisali. Nie wiem dlaczego.

— Kiedy już sprawa z podpisami trafiła do administracji obłasti – wtedy zamki należały do Budownictwa Państwowego Ukrainy –  tam już było inaczej. Wydział architektury dokładnie się przyglądał – co to, gdzie, kiedy, jak. Nie było przepisu zezwalającego ani zabraniającego. Nie było jeszcze podobnych sytuacji w Ukrainie. Dzwoniono do Kijowa, Lwowa lecz nikt nic nie wiedział. No i pomógł Iwan Mohytycz, zasłużony ukraiński architekt z instytutu Ukrzachidrestawracja. Był wtedy głównym, we Lwowie była taka organizacja. On zna mnie osobiście, zna mojego teścia, który był Bohaterem Ukrainy, więc Iwan powiedział: ”Piszemy typową umowę i wszystko”. Dzięki typowej umowie najmu wpuszczono nas tutaj. Prawdę mówiąc, ta umowa nie do końca była zgodna z prawem. Umowa na piętnaście lat z możliwością przedłużenia. W 2005 roku, kiedy Juszczenko podpisał ustawę o ochronie dziedzictwa kulturowego, wtedy przygotowaliśmy nową, ochronną umowę, już na 49 lat. Wtedy wydano nam oficjalne papiery państwowe na wynajem zamku.

Josypa Bartosza śmiało można nazwać jedynym wynajmującym zamek, który osiągnął sukces. Niedawno ten temat był artykuł w dzienniku „Biznes” – były jeszcze dwie próby koncesji zamku, lecz zakończyły się fiaskiem. I tylko Czynadijowskiemu zamkowi udało się przetrwać. Josyp Bartosz twierdzi, że to zamek go wybrał, nie na odwrót, i to właśnie zamek zdecydował o tym, że chce istnieć.

— Pojawił się artykuł pod tytułem „Josypf Bartosz uważa, że zamki i pałace w Ukrainie zaczną rozkwitać”. Tak właśnie uważam! Ale pod warunkiem, że zamki i pałace będą oddawane pod wynajem takim ludziom, dla których w pierwszej kolejności liczy się idea. Biznesmeni nie dadzą rady nic zdziałać. Narobią tylko szkód, których nikt przez sto lat nie będzie w stanie naprawić. Ludzie mają być pomysłowi, powinni wiedzieć na co się piszą i doskonale rozumieć istotę kultury, do czego jest ona potrzebna, jak z nią współistnieć w teraźniejszych czasach i na co zwracać uwagę. Mamy ogromne marzenie, że pojawią się biznesmeni pod nazwą „mecenasi”. To nie jest nowe zjawisko, prawdopodobnie jest starsze od samych biznesmenów. Naszym marzeniem i naszym celem, do którego dążymy, to objęcie ochroną maksymalnie dużego teren wokół zamku i zrobienie państwowego rezerwatu o tematyce historyczno-architektonicznej. Ot, kiedy do tego dojdzie, wtedy nasz cel zostanie osiągnięty.

Josyp Bartosz pochodzi z Mukaczewa. Pierwszą pomoc finansową udało się mu uzyskać nie w Ukrainie – milion forintów przeznaczyło na jego pomysł węgierskie Ministerstwo Dziedzictwa Kulturowego. W wyremontowanych pokojach na parterze Josyp Bartosz zrobił muzeum, a po pewnym czasie otworzył bibliotekę. Znajdują się tu artefakty historyczne oraz obrazy. W większości są to kopie portretów oraz herby rodzinne poprzednich właścicieli zamku w Czynadijewi – księżnej Heleny Zrinskiej, hrabiego Imre Thökölego, księcia Ferenca II Rakoczego, rodziny hrabiów Schönbornów. Potomek pierwszych budowniczych zamku, Janos Perenyi, przyjeżdżał na otwarcie wystawy muzealnej.

— W Czynadijewi traktowano mnie okropnie. Wszyscy uważali, że jestem milionerem-oligarchą, że zaraz zacznę wszystko rujnować. Ale widzieli w jakich warunkach mieszkam. Razem z Tetianą wynajmowaliśmy mieszkanie i wszyscy widzieli, że jesteśmy tacy jak inni zwykli artyści. Czasem nie mieliśmy na kolację, czasem brakowało na chleb. Zadłużaliśmy się i tak żyliśmy przez wszystkie te lat, tak żyjemy również teraz. To dopiero pierwszy miesiąc jak podłączyliśmy wodociąg do mieszkania, a przez poprzednie dziesięć lat mieszkaliśmy w jednym z zamkowych pokoi bez jakichkolwiek udogodnień. Wodę nosiliśmy u wiadrach. Teraz możemy odkręcić kran i umyć ręce, to wielkie osiągnięcie. Zimą nigdy nie udawało się nagrzać pomieszczenia do więcej niż +11 °С. Wycieczki od rana do nocy, codziennie, bez weekendów. Kiedyś zaproszono nas na 5 dni do Maroka. Wpadliśmy na pomysł, że tam na plenerze sprzedamy pisanki i zarobimy coś dla zamku. Niestety pisanek nie sprzedaliśmy w ogóle, ale jedną podarowaliśmy królowi Maroka, niech mu będzie. Tak odbyła się nasza najdłuższa rozłąka z zamkiem – na całe pięć dni.

„Kalhan” [galangal] – tak nazywa się organizacja społeczna założona przez Bartosza. Mówi, że korzeń galangalu  jest prototypem korzenia żeń-szenia. W korzeniu jest skumulowana cała siła rośliny. Powrót do korzeni, do podstaw, kontemplacja – wszystko to jest również celem organizacji społecznej. W „Kalhanie” pracuje się nad odtworzeniem utraconych zwyczajów w malarstwie, muzyce, edukacji moralnej oraz w innych dziedzinach życia.

Wiosną 2012 roku na dziedzińcu zamku po raz pierwszy odbył się festiwal kultury średniowiecznej „Srebrny Tatosz”. Udział w nim wzięły drużyny rycerskie z różnych miast Ukrainy, jak również ze Słowacji i Węgier. Celem tego wydarzenia było zwrócenie uwagi młodzieży na odrodzenie kultury, którą dostaliśmy w spadku od poprzednich pokoleń.

— Po wydarzeniach w Kijowie mniej zaczęło do nas przyjeżdżać cudzoziemców, więcej Ukraińców, a po wydarzeniach w Mukaczewie, to aż strach jak tu wszystko zamarło. Przestali przyjeżdżać zarówno Białorusini jak i Węgrzy i Niemcy. Teraz sytuacja trochę się polepszyła, z dnia na dzień przyjeżdża coraz więcej cudzoziemców. Mówię w czterech językach, dlatego jest mi obojętne, w którym oprowadzam wycieczkę.

W Szent-Miklósu pracują wolontariusze. Oprowadzają wycieczki, sprzątają, pracują w szkole artystycznej. Co roku przyjeżdża co najmniej sześcioro wolontariuszy zza granicy.

– Raz przyjechała kobieta z Anglii, w wieku 58 lat, a raz 70-paroletni pan z Polski. Przyjechał jako wolontariusz, chciał dostać łopatę i pracować, bo lubi Ukrainę. Dobrze, mówię, bierz łopatę. Miał chorą nogę i nie mógł do naszej toalety chodzić, więc dogadaliśmy się z sąsiadami, żeby chodził do nich. Już drugi rok jest tu Uniwersytet Mariupolski. Tam nie mają gdzie jeździć, ich profesor do nas przyjechał – dobry człowiek, i my dogadaliśmy się, że teraz jego studenci będą tu odbywać praktyki. Są również organizacje z Kijowa, które przyjeżdżają tutaj na praktyki archeologiczne. Była również dziewczyna z Hiszpanii. O mały włos jej tutaj nie wydaliśmy za mąż

— Zamek Seredniański, to straszne co tam się dzieje. Zamek w Chuście barbarzyńcy rozebrali do fundamentów, chociaż to był piękny, wielki zamek z sześcioma hektarami strefy chronionej. Jest jeszcze zamek w Wyszkowie, Brońce, Dowhem… No, ten Dowżański planujemy w przyszłym roku wynająć. I jeszcze dwa zamki bierzemy sobie na głowę. Takie mamy wiadomości. Kto już raz zachorował, to już nieuleczalne, już tak zostanie do końca życia.

— Jest jeszcze Sanatorium Karpaty. Jest to pałac hrabiów Schönbornów, zbudowany w 1895 roku. Za życia hrabia połowę pomieszczeń oddał pod centrum rehabilitacji rannych żołnierzy, gdzie odbywali rehabilitację aż do 44 roku, a w 45-tym, kiedy przyszło wojsko, hrabia Schönborn został tu do ostatniego dnia – nie wierzył, że sowieckie wojska przejdą przez Karpaty, ale przeszły. Wtedy wsiadł do samochodu, wszystko zostawił i pojechał do Wiednia. Miejscowi dobrze tu „popracowali” – wszystko wyczyścili, po prostu wszystko, do ostatniej płytki. Wszystkie obrazy, meble – wszystko-wszystko powynosili. Ale miałem szczęście, bo mój świętej pamięci teść uczciwie się przyznał, że skradł stamtąd książki i przechowywał je na dachu, więc ja je od niego zabrałem i teraz znajdują się w naszej bibliotece. Wszystko co zostało po tym pałacu, to półka z książkami i żyrandol.

Niedawno w Czynadijiwskim zamku została otwarta biblioteka. Na uroczyste otwarcie przyjechał Jurij Andruchowycz. Josyp Bartosz pokazuje bibliotekę, po drodze prowadzi do kilku sal dawnego akademika.

— Proszę wejść tutaj! Za pomocą takiego narzędzia robi się u nas pisanki. To Tetiana Bartosz, artystka, która tworzy pisanki. To ona była winowajczynią tego, co tu się wydarzyło, nadal tutaj pracuje.

Josyp mówi, że z pierwszego piętra zamku ludzi nie da się przegonić. Stamtąd widać cały dach na wylot. Wszyscy oglądają, jak to było zrobione. Z Kijowa przyjeżdżają budowlańcy i mówią, że dziś nie mogą już czegoś takiego odtworzyć. Planują zakonserwować dach w całości.

— Teraz w Europie wszyscy skłaniają się do tego, aby konserwować i niczego nie odbudowywać. Bo gdyby chodziło o restaurację –  nie mamy prawa niczego restaurować, dlatego tego nie robimy, tylko konserwujemy. Jeżeli rozmawiać o odnowieniu, powstaje pytanie, do którego stulecia, jaką epokę ukazywać? Mamy tu cztery rodzaje okien, z czterech okresów – i to same tylko okna – więc które pozostawić. Jeżeli mamy drzwi z pięciu okresów – to które pozostawić? Mury zmieniały się na okrągło, w zależności od gospodarza – co restaurować? Dlatego konserwujemy, pokazujemy ludziom od razu cały przekrój: pokazujemy XV wiek, początek, ale i również połowę XVI-go. Niestety na razie nie pokazujemy innych rzeczy. Na przykład, fundamentów zamku. Uczciwie mówimy, że zamek pochodzi z XV wieku, mamy na to dokumenty oraz otrzymane pozwolenie – tam wisi kopia tego dokumentu, wydanego przez króla Zygmunta. W ubiegły, roku przyszedł do nas profesor Serhij Ryżow z Kijowa, wraz ze swoimi kolegami zszedł do podziemi, przyjrzeli się się i mówią: „U-u-u, chłopcy, tutaj jest arka z rzymskiego okresu. Tutaj macie zamek, ale fundamenty już zupełnie inne”. I tym „wbił nam gwóźdź w głowę” na następne 30 lat. O tym, że były tu poważne obiekty obronne, już wiemy, pomału je odkopujemy i widzimy, gdzie były wieże, gdzie bastion. Znamy już system korytarzy, bo specjaliści z Kijowa robili skanowania, dlatego wiemy, że przejścia o których mówimy, naprawdę istnieją. Znaleźliśmy studnię, bastion, tego było bardzo dużo, ale jak je wydostać spod ziemi?

— Ja już od sześciu lat nie maluję, przy tym, że w 94 czy w 95 roku malowałem takie obrazy, które dopiero teraz otrzymały uznaną nazwę stylu visionery. Już wtedy malowałem takie obrazy i miałem wystawy na całym świecie, w Paryżu, Sztokholmie. Do dziś należę do Związku Malarzy Szwecji. Miałem wystawy w Ameryce, Niemczech, na Węgrzech było bardzo dużo wystaw. Lecz pojawiło się kwestia wyboru i to zamek mnie wybrał. Ja już nie tylko odłożyłem pędzel na bok, ale i muzyki nie komponowałem już od dziesięciu lat. Jestem członkiem spółki kompozytorów, ale teraz nic nie komponuję. Wydałem parę zbiorów i na tym się skończyło. Jedyne co mi się teraz udało, to zebrać i wydać książkę z materiałami z lokalnych archiwów, zbierałem to latami i napisałem książkę, to jedyne, a reszta leży gdzieś w pudłach i czeka na lepszy czas. Tak to jest u mnie ze sztuką. Lecz powiem wam, że po tej soli na ranie sztuki położę teraz łyżkę miodu – jednego garażu nie rozebraliśmy. Był w nim warsztat, taki ogromny garaż i ot pod te potrzeby budowlańcy przypadkowo przystosowali IX-wieczną bazylikę, czyli garaż jest w kształcie bazyliki. Jak to się mogło stać – nie wiem. Marzymy o tym, żeby go zadaszyć i zrobić w nim duże sale dla tematycznych płócien. Mogłyby tam zmieścić się cztery dzieła, 4 na 10 metrów. Chciałbym namalować takie ogromne tematyczne płótna. W taki sposób bym sobie zrekompensował te sześć lat bez pędzla, oczywiście o ile umiem go jeszcze trzymać w rękach. Później zrobilibyśmy tam salę koncertową, oczywiście, salę organową, niech to nawet będą współczesne organy elektryczne. Kiedyś sporo grałem na instrumentach dętych, w kościele pracowałem jako organista i ciągnie mnie wrócić do tego. Mam nadzieję, że wszystko to tutaj wcielimy w życie.

Josyp Bartosz bierze w przyszłym roku jeszcze pod swoją opiekę dwa zamki na Zakarpaciu. Nie wiadomo jak będzie sobie ze wszystkim radził. Gdy tylko się z nim pożegnaliśmy, przywitał dość sporą grupę węgierskich turystów, rozpoczynając swoją kolejną wycieczkę. Wycieczkę po zamku, który pozbawił go pracy artystycznej, ale podarował zupełnie inną – pracę historyka, badacza, filantropa i prawdziwego miłośnika swojej sprawy.

Nad materiałem pracowaliTekst:Bogdan LogvynenkoTłumaczenie:Anna TymiecWideo:Dmytro Ochrimenko, Mykola NossokZdjęcia:Bogdan LogvynenkoPomoc:Kateryna Dashko

21 November 2016 10:09